Menu Zamknij

Memy i screeny ze zdjęciami dzieci – poza kontrolą

W styczniu obroniłam licencjat pt. „Prywatność dzieci w Internecie wobec praktyk rodzicielskich w świetle literatury przedmiotu i badań własnych”. W związku z tym rozpoczynam serię postów popartych solidnym researchem, badaniami i doświadczeniami moimi oraz innych rodziców. Będą to przeredagowane materiały z mojej pracy oraz zupełnie nowe teksty. Dzisiaj opowiem o utracie kontroli nad własnym wizerunkiem, czyli o zjawisku wirusowego udostępniania (ang. going viral) na przykłądzie moich własnych doświadczeń.

„Jak do tego doszło, nie wiem…”

1 czerwca 2016 roku z okazji dnia dziecka dodałam na swojego bloga pt. „Einar – przyjaciel z dzieciństwa, z którym nie rozmawiałam”. Zawierał on kilka zdjęć wykonanych w latach 90. ubiegłego wieku i przedstawiał dwójkę dzieci – mnie oraz mojego znajomego z Norwegii. Do tej pory w sieci udostępniłam już z różnymi ustawieniami prywatności tysiące zdjęć i nigdy nie zdarzyła mi się kradzież własności intelektualnej.

Kilka tygodni później jeden z moich znajomych na Facebooku wysłał mi link do mema utworzonego w oparciu o moje zdjęcie. Był to dość miły mem, bo zachęcał do oznaczania znajomych, których zna się od dzieciństwa. Znajdował się w nim niewielki błąd ortograficzny (dostrzegasz go?) Mój blog nie został jednak w żaden sposób oznaczony, podlinkowany, wspomniany. Poczułam straszną frustrację i złość, ale też ucieszyłam się, że przed opublikowaniem zdjęć zapytałam kolegi o zgodę na publikację. Byłoby głupio, gdyby nasza współna fotka wylała się na pół internetu bez jego wiedzy…

Znacie tego mema? Ta dziewczynka to trzyipółtetnia ja. 🙂

Wirusowe udostępnianie i bezradność

Najpierw pisałam do osoby, która opublikowała zedytowaną fotografię, ale ona nie odpowiadała. Wszystko wskazywało na to, że jest to fake konto założone dla like’ów Po zgłoszeniu naruszenia praw autorskich do Facebooka, fotografia zniknęła. Wkrótce profil został usunięty. Ale po krótkim czasie zdjęcie pojawiło się znowu. Od tamtego czasu widywałam je na różnych portalach i stronach na Facebooku ponad 20 razy. Prosiłam o usunięcie w wiadomościach prywatnych lub od razu zgłaszałam naruszenie praw autorskich do Facebooka. Czasami zgadzałam się, by zdjęcie pozostało w sieci i prosiłam o podanie źródła.

Oto nazwy niektórych fanpage’y, na których pojawił się sympatyczny mem z moim udziałem:
• „Kiedyś było jakoś fajniej”
• „Moja zajawka to hip hop i trawka”
• „Club Capitol”
• „Życiowa dziewczyna”, a za jej pośrednictwem – grupa „BYDGOSZCZANIE”
• „Hity PRL”
• Adam Grześkowiak – profil prywatny użytkownika
• Bartłomiej Tałaj – profil prywatny użytkownika
• Michael Mrowicki – profil prywatny użytkownika
• „Demotywatory”
• „Dobre chłopaki”
• „Besty”

Dlaczego nie mam wszystkich nazw? Zmęczylam się i przestałam notować. Na początku dosłownie rzucałam się z frustracji i złości, wylewnie dziękowałam znajomym za zgłaszanie mi nowych kopii czy wersji mema. A później odpisywałam już tylko „dzięki, spoko” i czasem nawet nie robiłam nic w kierunku, żeby Facebook się tym zajął. Minęło 3.5 roku od tamtego czasu, a mem ciągle na nowowypływa – raz częściej, raz rzadziej. Jakoś tak sezonowo 😉

Za każdym razem ma od kilkuset do kilkunastu tysięcy reakcji oraz komentarzy i kilka do kilkudziesięciu udostępnień. Administratorzy fanpage’y nigdy nie udostępniali źródła, ponieważ go nie znali, a kiedy do nich docierałam z informacją, zazwyczaj post już tracił na popularności. Zdarzało się też, że nie otrzymywałam odpowiedzi, bądź spotykałam się z opinią, że nie można stwierdzić, czy mam prawo do zdjęcia.

Smak (wątpliwej) sławy

Zależało mi na promocji mojego bloga i ucieszyłby mnie ten cały rozgłos, gdyby pod każdym ze zdjęć od początku widniał odnośnik do źródłowego posta. Niektórzy znajomi gratulowali mi sławy, ale trudno nazwać przyjemną sytuację, kiedy jest się sławnym z powodu kradzieży własności intelektualnej i nie odnosi się z tytułu wirusowych reakcji internautów żadnego zysku. Zdarzyło mi się już, podczas poznawania kogoś nowego, zapytać czy kojarzy mem „oznacz znajomego” ze zdjęciem dwójki dzieci. No i niektórzy kojarzą.

Więc gdybym sobie nie życzyła rozpowszechniania mojego wizerunku, a stała się rozpoznawalna, ponieważ mój rodzic wrzucił zdjęcie do sieci bez mojej wiedzy – mogłabym mieć pretensje, prawda? Prawo Murphy’ego to tylko ponury żart, ale tutaj się sprawdza – chciałam mieć rozgłos – poza moimi znajomymi nikt nie wie, że to ja (choć to i tak grono kilkuset osób – więc spore). Gdybym tego nie chciała – zapewne plotki rozeszłyby się bardzo szybko. Ktoś może prychnąć i powiedzieć, że to nie ma żadnego znaczenia, a mem był miły i no i spytać, o co ja w sumie się pruję… Takie reakcje już mi się zdarzały. Wyjaśniam więc.

Zdjęcie użyte w memie od zdjęć udostępnianych przez rodziców sieci różnią dwie rzeczy. Osoby znajdujące się na nim obie wyraziły zgodę na publikację wizerunku, i to po ukończeniu 18 roku życia. Mimo to emocje, które mi towarzyszyły, gdy dowiadywałam się o kilku pierwszych publikacjach mema, są trudne do opisania. Czułam się jednocześnie zirytowana, bezradna, zdesperowana. Nietrudno sobie wyobrazić, jak może się poczuć osoba, której wizerunek zostanie wykorzystany do stworzenia mema o mniej lub bardziej przyjemnej treści, podczas gdy zdjęcie w pierwotnej formie trafiło do sieci bez jej świadomości. Na szczęście mój znajomy się nie gniewał i jako pracownik instytucji kulturalnej uznał pojawienie się w sieci mema za ciekawe zjawisko społeczne.

Można polemizować, że mieliśmy wraz z chłopcem ze zdjęcia szczęście, ponieważ mem ma przyjemny wydźwięk, a z każdym jego pojawieniem się można było przeczytać setki historii znajomości od żłobka, przedszkola czy szkoły podstawowej. Jednak równie dobrze zdjęcie to mogło posłużyć do mema o treści mniej neutralnej, przykładowo „oznacz kumpla, który zawsze miał powodzenie u kobiet”, czy nawet obraźliwej (pozwolę sobie nie wizualizować już tych treści). Zresztą nazwa fanpage’a „Moja zajawka to hip-hop i trawka” to nie jest fanpage, z którym bym się zdecydowała na jakąkolwiek współpracę, bo moją zajawką nie jest ani hip-hop, ani trawka. 🙂

Zdjęcie zostało wpuszczone w sieć i spotkało się z masowym entuzjazmem, więc już nigdy nie odzyskam całkowitej kontroli nad nim. Pogodzenie się z tą sytuacją zajęło mi ponad dwa lata i skłoniło do wielu cennych refleksji nad granicami prywatności dzieci, szczególnie tych najmniejszych, które nie mogą nawet wyrazić swojego zdania. Nie uważam oczywiście, że powinniśmy natychmiast przestać wrzucać jakiekolwiek zdjęcia dzieci do sieci. Swoimi badaniami oraz przemyśleniami chcę jednak zwrócić uwagę, że to nie jest coś, co można robić bez planu i głębszej refleksji.

Jeśli masz na koncie podobną historię, bądź chcesz napisać, co o tym wszystkim sądzisz – daj mi znać w komentarzu.

A jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o prawie własności intelektualnej i sposobach walki z internetowymi kradzieżami, na pewno zainteresuje Cię kurs online „Cyfrowe narodziny”. Właśnie nad nim pracuję. Zapisując się na newsletter, będziesz na bieżąco informowana/y o postępach prac nad kursem oraz o nowych postach z cyklu „Cyfrowe narodziny”. Jako pierwsza/y zyskasz też dostęp do wyjątkowych zniżek i bonusów związanych z kursem!

* Koniecznie to uzupełnij, żebym wiedziała, gdzie wysłać gołębia

Plub fanpage Cyfrowe narodziny oraz dołącz do grupy Cyfrowe narodziny – bez hejtu i merytorycznie o sharentingu, jeśli chcesz być na bieżąco z tym projektem lub/i fanpage Pyszczucha, jeśli interesują Cię wszystkie posty z tego bloga, niezależnie od tematyki!